mibi71
mibi71.blog.interia.pl

Notki

2012-05-04 Nie musiał się martwić o powołanie, czyli "gdybyśmy chociaż wygrali Ligę Mistrzów"

- Szkoda mi kibiców, którzy liczyli na to, że zdobędziemy mistrzostwo Anglii, albo chociażby wygramy Ligę Mistrzów - wypalił ostatnio bramkarz Arsenalu i reprezentacji Polski Wojciech Szczęsny, który może być jedną z gwiazd Euro 2012.

Akurat on nie musiał się obawiać o wyniki powołań szerokiej kadry na Euro 2012. Wręcz przeciwnie, Wojciech Szczęsny z Arsenalu Londyn jest jednym z pewniaków w talii Franza Smudy.

Pewne interwencje w bramce „Kanonierów” Szczęsnego juniora spowodowały, że Partia Przyjaciół Artura Boruca ma coraz mniej członków, chociaż sam Wojciech czasem palnie, że „Borubar” przydałby mu się za plecami, by zwiększyć konkurencję.

Gdy w wieku 16 lat wyjeżdżał samotnie na podbój Anglii, a jego ojciec Maciej - choć do mięczaków nie należy - na Okęciu ronił niejedną łzę, obawiać się mogliśmy, że nastoletni Wojtek utonie. W świecie większej konkurencji, gdzie przybyszom zwłaszcza z tak egzotycznych piłkarsko krajów jak Polska nie jest łatwo.

Młody Szczęsny trafił do Londynu w 2006 roku, czyli 33 lata po tym, jak miasto to i cała Anglia ucierpiały na interwencjach polskiego bramkarza. Minęło zatem ponad ćwierć wieku od wspaniałych interwencji Jana Tomaszewskiego w wygranej przez "Biało-czerwonych" bitwie o mundial 1974 r. To szmat czasu, więc „Wyspiarze” mogli zapomnieć, że Polak potrafi stać dzielnie między słupkami i wizyta Artura Boruca w barwach Celticu w trakcie boju o Ligę Mistrzów z Manchesterem United tego nie zmieniła.

Szczęsnemu nie było lekko na początku. Miał nawet prawo się zniechęcić - długo był czwartym bramkarzem, a jeden z jego konkurentów – Łukasz Fabiański miał wykupić abonament golkipera numer „jeden” na długie lata. Grzanie ławy, występy w rezerwach, wypożyczenie do trzecioligowego Brenford – nastolatek z Agrykoli Warszawa znosił to wszystko, a zniósłby pewnie jeszcze wiele. Miał mentalność wojownika i talent po ojcu, dołożył do tego pracowitość, a żyjąc w angielskiej rodzinie szybko zaczął mówić w języku Shakespeare’a bez akcentu właściwego dla przybyszów z innych krain. Ale i pewnie to by nie pomogło, gdyby nie uśmiech fortuny, jakim było nieszczęście Łukasza (kontuzja) i odwaga menedżera Arsene’a Wengera, który postanowił postawić na młokosa Wojtka. Szczęsny nie zawiódł i pilnuje twardo swej pozycji.

Popisy daje nie tylko między słupkami, ale też na telewizji klubowej Arsenalu, gdzie urasta do miana największej gwiazdy. Wie dobrze, że futbol to nie tylko sport, ale też show, które musi ludzi bawić.

- Szkoda mi kibiców, którzy liczyli na to, że zdobędziemy mistrzostwo Anglii, albo chociażby wygramy Ligę Mistrzów – wypalił Wojtek Szczęsny w Polsacie Sport.

- Muzyka, jakiej słucha Arsene Wenger? To okropne! Ja bym to nazwał bardziej plumkaniem niż muzyką, jakieś żabki, woda w tle – naigrywał się z gustów muzycznych swego „menago” młody Polak, który nie kryje, iż jest fanem muzyki Carlosa Santany.

- Niestety, Santana nie przypada do gustu wszystkim w naszej szatni, więc muszę zakładać słuchawki przed meczami. Zresztą playlista została usunięta z naszej szatni, bo za każdym razem, gdy ją wystawiliśmy, to przegraliśmy. A u nas jest paru chłopaków przesądnych, którzy uważają, że to mogło przynieść pecha – uśmiecha się Wojtek.

Wojciech Szczęsny podczas Euro 2012 będzie się mógł zmierzyć ze swym kolegą klubowym – Tomaszem Rosickym, pomocnikiem reprezentacji Czech.

- Forma Rosickyego martwi mnie, nie ukrywam tego. Ostatnio był naszym najlepszym zawodnikiem. Rozmawiałem z nim, powiedziałem, że nie obrażę się, jeśli odpuści sobie mecz z Polską, bądź zgłosi jakąś kontuzję – żartuje Wojtek. - Nie wolno lekceważyć też Rosjanina Arszawina. Wprawdzie nie mam z nim ostatnio dobrego kontaktu, odkąd został wypożyczony do Zenita, ale i tak wiem, że to zawodnik, który gdy tylko ma swój dzień, to jest niesamowicie groźny.

Zapytany o to, co sądzi o wyrzuceniu z kadry na Euro 2012 za alkoholowe wyskoki pomocnika FC Kolen Sławomira Peszki, Szczęsny odparł: - Zdanie o Peszce mam, ale nie jestem osobą odpowiednią, która powinna się wypowiadać. Współczuję Sławkowi, był ważną częścią reprezentacji, ale skończyło się jak się skończyło. Będziemy musieli sobie bez niego poradzić – rozkłada ręce Wojtek.

Polski bramkarz, zanim trafi na zgrupowanie Orłów przed Euro 2012, będzie musiał zmierzyć się w Premier League z Norwich City (5 maja w Londynie) i na wyjeździe z West Bromwich Albion (13 maja).

2012-04-19 Ambasador piłki ręcznej odchodzi

Różne mogą być powody niepowodzenia ekipy „Biało-czerwonych” szczypiornistów na turnieju w Alicante, którzy nominacje olimpijskie mieli na wyciągnięcie ręki, lecz roztrwonili je w ostatnich sekundach meczu z Serbią. Bez względu na tę wpadkę, rezygnacja Bogdana Wenty z prowadzenia kadry oznacza kres wspaniałej epoki renesansu piłki ręcznej w Polsce.

Wenta był postacią kluczową nie tylko dla piłki ręcznej, ale dla całego polskiego sportu. Dzięki niemu i skonsolidowanym przez niego wybrańcom Polska w drugim obok siatkówki sporcie zespołowym przestała być chłopcem do bicia. Owszem, grała i gra sobie na niezłym poziomie ekstraklasa szczypiornistów, ale Polacy gremialnie siadali przed telewizorami tylko wtedy, gdy chłopaki „Wentyla” walczyły na mistrzostwach świata, Europy, czy igrzyskach olimpijskich.

Piłka ręczna w Polsce będzie się dzieliła na trzy okresy: przedwentowy, wentowy i powentowy. Ten środkowy uznamy za apogeum dyscypliny w Polsce. Życzę piłkarzom ręcznym i zarządowi ZPRP jak najlepiej, ale obawiam się, że ten trzeci okres będzie bardziej podobny do tego pierwszego, a nie wentowego, czyli reprezentacja prawdopodobnie nie będzie się już biła o medale, tylko za sukces uzna samo zakwalifikowanie się do imprezy.

Wenta żył z drużyną podczas meczów, sprawnie nią dowodził, zarażał wszystkich energią, optymizmem, błyszczał klasą w mediach. Nic dziwnego, że uwielbiają go kibice. Również za to, że zadał kłam prawom fizyki. Nie trzeba Wam przypominać, że dzięki niemu okres 15 sekund w meczu to niemal wieczność. Nigdy nie zapomnimy końcówki starcia z Norwegią ze stycznia 2009 roku, gdy czas wzięli Skandynawowie, a on odgadł ich zamiary („Panowie, spokojnie, mamy dużo czasu! Oni wycofają bramkarza, a my to wykorzystamy.”), po czym Artur Siódmiak rzutem przez całe boisko trafił do pustej bramki.

W sporej mierze dzięki Wencie, polski szczypiorniak w XXI wieku był światową potęgą. Wicemistrzostwo świata z 2007 r., brązowe medale z 2009 r., czy czwarte miejsce na mistrzostwach Europy dwa lata temu – takiego pasma sukcesów nie mieliśmy nigdy wcześniej, a jedyne poważne osiągnięcia, to brązowy medal igrzysk olimpijskich z 1976 roku w Montrealu i brąz na MŚ 1982 r. w RFN-ie.

Panie Bogdanie, wielkie dzięki za te emocje. Był Pan wspaniałym ambasadorem polskiego sportu!

2012-04-02 I znowu nikt nie chce zostać mistrzem Polski

Najlepszy terminarz, minimalna, ale jednak przewaga i najsilniejszy zespół – to wszystko wskazuje, że mistrzem Polski w tym roku zostanie Legia Warszawa. Pod batutą Czesława Michniewicza, za miedzą, wyrasta jej poważny konkurent - Polonia.

Legioniści idą na mistrza trochę wężykiem, ostatnio kroczą od remisu do remisu, ale jednak punktują. Wydawało się, że piątkowe 0-0 z Wisłą będą rozpatrywać jako stratę dwóch punktów, ale w kontekście do porażki Śląska z Polonią okazało się, że przy Reymonta zdobyli „oczko”, które przybliżyło ich do tytułu.

Ruch Chorzów pozyskał ostatnio sponsora, a z nim nie na żarty zabiega o mistrzostwo kraju. Sęk w tym, że „Niebiescy” grają w Warszawie jeszcze dwa razy (na Legii, a później na Polonii), czekają ich także zawsze ciężkie derby z Górnikiem. Z trudnych teoretycznie pojedynków Legia ma jeszcze Koronę, ale również u siebie.

Rok temu, po 26 kolejkach na placu boju o mistrzostwo Polski zostały tylko Wisła (miała 44 pkt) i Jagiellonia (41 pkt). Teraz jest o wiele ciekawiej, bo w wyścigu o tytuł liczą się nie tylko Legia i Ruch, ale też Śląsk, Polonia i Korona.
Józef Wojciechowski w samą porę dokonał zmiany trenera. Jacek Zieliński to uznana marka na krajowym rynku, ale zespół potrzebował nowego bodźca i go dostał. Czesław Michniewicz przy Konwiktorskiej zaliczył Wejście Smoka. Wojciechowski chyba dobrze zrobił (a może wreszcie posłuchał rady fachowca, a nie szatniarza), że wybrał „Polskiego Mourinho”, a nie Jurija Szatałowa. To dopiero jeden mecz ze słabym na wiosnę Śląskiem, ale zespół pana Czesława miło się oglądało, a jego samego – słuchało.
- Momentami zagraliśmy jak Rolling Stonesi, ale nie brakowało też momentów, gdy fałszowaliśmy w rytmie disco polo - porównywał. – Po zwycięstwie nad Śląskiem prezes Wojciechowski zaprosił mnie i zespół na pogawędkę. Żartowaliśmy, że nie zawsze jest niedziela i nie zawsze jest 3-0.
To prawda, nie zawsze jest 3-0. W wyrównanej młócce ligowej trzeba się liczyć z remisami, a czasem porażkami. Ludzie tacy jak prezes Wojciechowski, czy Bogusław Cupiał mają jednak inny przelicznik: liczba meczów razy trzy równa się liczba zdobytych punktów. Ale tak dobrze nie ma nawet w Barcelonie, ani Madrycie.

Lech Wałęsa powalił kraj hasłem: „Jestem za, a nawet przeciw”. Józef Wojciechowski po wygranej ze Śląskiem, którą przewidział, uderzył w podobny deseń: „Nie mówię, że się znam na piłce, ale trochę się znam”. Dobrze, że przynajmniej nie unika kamer.
Macieja Skorżę znałem jako kulturalnego i elokwentnego szkoleniowca. Zawsze pilnował, by nie wyszło z niego „zwierzę boiskowe”, którego się brzydził. Pamiętam, jak polemizował z żywiołowym stylem prowadzenia zespołu podczas meczu, jaki preferuje chociażby selekcjoner Franciszek Smuda. - Nie lubię, gdy trener zachowuje się tak, jakby mecz był dla niego wyrokiem – tłumaczył Skorża. Podczas meczu z Wisłą trener Legii pokazał oblicze, jakiego nie znamy.
Gdy sędzia wyrzucał drugiego zawodnika Legii, pan Maciej wbiegł na murawę i krzyczał: „Kur…! Człowieku, ty w ogóle nie umiesz sędziować!”, albo: „Jak można tak słabego sędziego dawać!?” Czerwona kartka dla trenera była w pełni zasłużona. Całe szczęście, że pan Maciej - gdy emocje już opadły - przeprosił sędziego za swe zachowanie.


Niemoc w ofensywie Wisły o pomstę do nieba woła. Zespół wygląda na skołowany ciągłymi roszadami na ławce trenerskiej i choć gra w tym samym składzie, co na początku sezonu, to mecz takie jak rewanż z Liteksem Łowecz już się jej nie przytrafi. Najbardziej energetycznie „Biała Gwiazda” wygląda za linią boczną boiska, gdzie niczym Napoleon swą armią dowodzi Michał Probierz. I spala przy tym energii więcej, niż niejeden pewnie jego piłkarz. I tak w czerwcu przy Reymonta dojdzie do kolejnej rewolucji kadrowej. Klub jest bliski odzyskania Arkadiusza Głowackiego, wziął na celownik także Szymona Pawłowskiego z Zagłębia i Pawła Golańskiego z Korony.


2012-03-30 Starcie gigantów na glinianych nogach

Wisła Kraków szanse na obronę mistrzostwa Polski ma iluzoryczne, ale może przyczynić się do rozwiania marzeń o koronacji Legii Warszawa. W piątek o godz. 20:30 w Krakowie zmierzą się najbogatsze kluby, dysponujące mocnymi składami, którymi dowodzą najlepsi polscy młodzi trenerzy: Michał Probierz i Maciej Skorża.


Wisła – Legia, to starcie gigantów, co prawda chwiejących się nieco, jakby sukcesy w Lidze Europejskiej ich podchmieliły, ale jednak gigantów. Wskazują na to budżety (po ok. 60 mln zł), składy i tłumy kibiców. Legia jest blisko mistrzostwa Polski, ale ostatnio zadaje kłam tezie, że na wiosnę gra najładniej w Polsce.

Wisła wymienia ostatnio trenera za trenerem (Probierz jest już trzecim w tym sezonie), próbując zaciemnić obraz, który coraz dobitniej dowodzi, że z tymi piłkarzami daleko się nie zajedzie. Wisła męczy się w meczach ligowych i choć przy Michale Probierzu gra nieco agresywniej, o efektownym stylu, polocie, rozmachu na razie nie ma mowy. Ostatnie i jedyne bodaj na wiosnę dobre pod tym względem zawody, to wyjazdowy mecz z Zagłębiem Lubin zremisowany wprawdzie, ale to bardziej przez słabszy dzień Siergieja Pareiki, który akurat w Chorzowie był ostoją zespołu. Na dłuższą metę gra „Białej Gwiazdy” musi się poprawić chociażby dzięki powrotowi Patryka Małeckiego.

Najsmutniejsze w dokonaniach mistrza Polski jest to, że kibice nie będą płakali po żadnym ze sprowadzonych w ostatnim roku piłkarzy, którzy odejdą z Reymonta latem. Chyba źe klub postanowi sprzedać Maora Meliksona - akurat za nim by zatęsknili. Zadziwiające jest to, że Wisła, która zawsze słynęła z ofensywnego stylu gry, zupełnie nie pasuje do czołówki pod względem liczby zdobytych goli. Z 22 trafieniami na koncie przewyższa tylko Cracovię, ŁKS i Lechię Gdańsk, a więc zespoły, spośród których najpewniej wyłonionych zostanie dwóch spadkowiczów.

W Legii też mają niewesołe miny i pierwsze miejsce w tabeli bardziej niż swojej postawie zawdzięczają seryjnym potknięciom Śląska. Zwłaszcza ostatnio ekipa Macieja Skorży poważnie się zacięła. Koszmarnie zagrała w rewanżu z Gryfem Wejherowo. Zabiegi mające na celu zdyscyplinować piłkarzy niewiele przyniosły, bo w derbach Warszawy i po spotkaniu z Bełchatowem postawa zespołu nastroiła kibiców do gwizdów, a nie braw. Ewentualna porażka w Krakowie może oznaczać dla legionistów utratę pozycji lidera już na dobre.

W sierpniu 1948 r. „Biała Gwiazda” zlała warszawian 8-0, a niemal dokładnie osiem lat później sama dostała jeszcze cięższy łomot 0-12. W piątek o godz. 20:30 takiej „strzelaniny” z pewnością nie będzie, lecz i tak powinno być bardzo ciekawie.

Można odnieść wrażenie, że nasza liga staje na głowie. Jedne z najbogatszych klubów – Lech i Wisła szans na mistrzostwo już właściwie nie mają, a o wiele bliżej tego celu są ich ubodzy krewni – Korona i Ruch. Zbudowane za skromne środki, lecz rozsądnie prowadzone ekipy Leszka Ojrzyńskiego i Waldemara Fornalika, to najbardziej wyraziste ekipy w naszej lidze! Ruch gra efektownie, z polotem, szybko, przy pomocy podań na jeden-dwa kontakty. Pomyśleć, że start w rundzie wiosennej umożliwiła mu dwumilionowa pożyczka z miasta.

Miejski kapitał, to również Korona. Typowano ją przed sezonem do spadku. Tymczasem trener Ojrzyński z piłkarzy, których niejeden określiłby mianem „szrotu”, poukładał niesamowicie silny i waleczny zespół. Właśnie tej waleczności na krajowym podwórku często brakuje wiślakom i legionistom, ale w piątek na pewno nie zabraknie.

2012-03-22 Na naszych oczach 45 mln zł wylądowało w błocie

45 mln złotych rocznego budżetu, zawodnicy z półmilionowymi kontraktami (w euro) to wszystko za mało, by Lech awansował do pucharów. Dlaczego jeden z najsilniejszych i najpopularniejszych polskich klubów tonie w szarzyźnie ligowej?

Obserwując z pozycji trybun Lecha Poznań szamoczącego się z własną bezsilnością w meczu z Wisłą sam sobie zadawałem pytanie: "Czy to ta sama ekipa, której grą zachwycała się cała Polska, a w pobitym polu zostawiała Juventus Turyn?"
W 90 procentach "Kolejorz" nazwiska ma te same, ale one nie grają. Semir Stilić, Siegiej Kriwiec, Artjom Rudniew, Dmitrije Injać, Rafał Murawski, a nawet Manuel Arboleda są cieniami samych siebie sprzed roku. Powodów jest pewnie wiele.

G
dy w zeszłym sezonie Lech nie zakwalifikował się do walki o Ligę Europejską (w lidze był dopiero piąty), wydawało się, że klub z takim potencjałem piłkarski, finansowym i kibicowskim w nowych rozgrywkach zmiecie z powierzchni ziemi krajową konkurencję, a w najgorszym razie zajmie jedno z trzech pierwszych miejsc. Wolna głowa od pucharowej rywalizacji miała być jego atutem.
Zaczęło się nieźle - po czterech kolejkach z bilansem: trzy zwycięstwa i jeden remis poznaniacy byli na czele tabeli. Później jednak zaczęły się schody. Wyjazdowe porażki w Zabrzu i ta z Wisłą u siebie poddały w wątpliwość tezę, że Jose Mari Bakero z tą "Lokomotywą" daleko zajedzie.
Bakero często nie widział miejsca w składzie dla Semira Stilicia, co Bośniakowi się nie podobało, a za nim wstawiała się drużyna. Bakero przy Bułgarskiej należy już do przeszłości. Tymczasem nowy szkoleniowiec Mariusz Rumak, w meczu o "być albo nie być" Lecha w pucharach, znowu Stilicia zostawił na ławce. To może z Semirem coś jest nie tak, skoro nie widzi go w składzie już drugi trener?

Aż 45 mln złotych rocznego budżetu, zawodnicy z półmilionowymi kontraktami (w euro) to wszystko za mało, by Lech awansował do pucharów. Nie ma się zatem co dziwić, że jego stadion znowu będzie świecił pustkami.
Czy powierzenie ekipy Mariuszowi Rumakowi było trafnym posunięciem? Trudno przekreślać młodego trenera, ale z pewnością jest to operacja na żywym organizmie.
- Nie mam układu z synem żadnego prezesa, więc to nie ja prowadzę zespoły takie jak Lech - powiedział na trybunie honorowej Wisły jeden z bezrobotnych szkoleniowców, który "Kolejorza" z pewnością nie prowadziłby gorzej.

Czasem o silnej personalnie drużynie mówi się, że "z nią mistrzostwo zdobyłaby nawet teściowa". Nic bardziej błędnego. Dlaczego Realu Madryt, FC Barcelona, czy Manchesteru United nie prowadziła nigdy "teściowa"? Słuszniejszą jest teza: im silniejszy zespół, tym lepszego, bardziej charyzmatycznego powinien mieć trenera.
Obserwując Lecha, trudno było o stwierdzenie, że jego piłkarze walczą "o życie", a jednak trener Rumak był zadowolony z zaangażowania jego podopiecznych i pocieszał się stworzonymi sytuacjami. Bilans meczów pod batutą tego trenerskiego młokosa jest dramatyczny: 1 remis, 3 porażki, stosunek bramek: 0-4. Faktycznie, najlepiej trener wypadł w studiu Canal +.

2012-03-20 Podhale Nowy Targ nie musiało spaść z ekstraklasy

Najlepszego w historii polskiego klubu, Podhala Nowy Targ nie ma już w ekstraklasie. Spadł po raz pierwszy, bo był najsłabszy organizacyjnie, finansowo i sportowo.

Paradoksalne jest to, że degradacja nie musi być najgorszą informacją, jaka dotknęła "Szarotki".
- Dobrze się stało, bo teraz przyjdą nowi ludzie do klubu i odbijemy się od dna - pocieszają się kibice. Tymczasem bardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że nikt nie przyjdzie, pieniędzy będzie jeszcze mniej, a klub opuszczą nawet najbardziej utalentowani juniorzy, którzy bez trudu znajdą zatrudnienie w PLH. Ostatni seniorzy: Jarosław Różański, Rafał Dutka, czy Tomasz Rajski już otrzymują oferty z innych ośrodków.

Gdy kilka lat temu z ekstraklasą pożegnała się Unia Oświęcim, jej banicja w drugiej lidze trwała bardzo krótko. Nowi ludzie znaleźli sponsora i w oparciu o niego odbudowali potęgę. W tym roku zdobyli brązowe medale.
Gdy rok temu struktury MMKS-u/Podhale utrzymały zawodową drużynę w ekstraklasie na piątym miejscu, byłem niepoprawnym optymistą. Na uroczystości z okazji podsumowania sezonu Goalie Academy Marka Batkiewicza, powiedziałem: - Najgorszy, bo przejściowy rok Podhale ma już za sobą.

Miałem na myśli fakt, że klub poradził sobie bez sponsora, Wiesława Wojasa. Stojący obok legendarny napastnik Podhala i reprezentacji Polski (uczestnik słynnego meczu Polska - ZSRR 6-4 z MŚ 1976 r.), Walenty Ziętara odparł filozoficznie: - A co się stanie, jeśli kolejny będzie jeszcze gorszy?
Pan Walek miał nosa. Pięć dwucyfrówek, stosunek bramek 116-229 i w pełni zasłużony spadek - takiego sezonu założone w 1933 roku "Szarotki" nigdy nie miały.
Ale też klub miał najniższy w lidze budżet, w kluczowym momencie jako jedyny radził sobie bez choćby jednego obcokrajowca i z biedy posyłał na lód nawet juniorów młodszych. W spotkaniach z potęgami takimi jak GKS Tychy niscy, choć bojowi chłopcy z Podhala wyglądali, niczym juniorzy próbujący dokopać znacznie starszym i silniejszym chłopakom. Mimo ambicji, bojowości, serca do walki, nic jednak nie mogli zrobić.

Zarząd pod kierunkiem Mirosława Mrugały miał mocno ograniczone pole działania, ale popełnił też rażące błędy. Odniosłem wrażenie, że niczego nie nauczył się po roku działania. Trudno odeprzeć tezę, że nawet przy tym skromnym budżecie, jakim dysponowali "Górale", można było utrzymać zespół w PLH.
Wydaje się, że zarząd postawił nie na tych hokeistów, co trzeba. Zatrudnił Kellego Czuya, który już rok temu zostawił zespół tuż przed play-offami, a i tak został przyjęty z otwartymi ramionami. Nie trzeba przypominać nikomu, że teraz Czuy wykręcił ten sam "numer". Jednostki w hokeju decydują niezwykle rzadko, ale czasem są wyjątki. Świetny czeski napastnik, zżyty z nowotarskim środowiskiem - Milan Baranyk, wracając z Francji, najpierw zapukał do drzwi Podhala. Gdy okazały się zamknięte, wzmocnił konkurencję - Nestę/Karawelę Toruń. W oparciu o niego torunianie zbudowali najsilniejszy atak. Formację, która pomogła wygrać wyścig o siódme miejsce w sezonie zasadniczym, a później w decydującym starciu "o życie" w play-oucie.

Zarobki Baranyka miały się zamykać w sześciu tys. złotych miesięcznie, czyli 24 tys. zł za cztery miesiące (od grudnia do marca). Czy nie warto było zaryzykować taką kwotę, aby znacząco zwiększyć swoje szanse na utrzymanie się w PLH? Rok temu, atak Różański - Bryniczka - Baranyk poprowadził MMKS/Podhale do zajęcia piątego miejsca w Polsce, co na tak słaby skład było sukcesem.

Kelly Czuy uciekł niczym szczur z tonącego okrętu, ale w wywiadach zasłaniał się niesłownością prezesa Mrugały, który nie dołożył mu obiecanego 1000 zł miesięcznie do pensji. Z całym szacunkiem, ale tłumaczenia prezesa mnie nie przekonują. Kierując tak dużym i zasłużonym klubem, jakim jest Podhale trzeba działać stanowczo i fair. Nie może być kombinowania na zasadzie: a nuż, zawodnik zapomniał o obietnicy.

Przyszłość Podhala nie rysuje w się w jasnych kolorach. Miejski radny, a zarazem były świetny bramkarz Górali - Marek Batkiewicz ma rację, że zawodowy hokej może uratować tylko założenie spółki akcyjnej. Jest jeden problem - miasto, bez udziału dużego sponsora (na poziomie miliona złotych rocznie), nie zaryzykuje takiego kroku. Mirosławowi Mrugale można zarzucić wiele, ale nie to, że nie przedreptał setek gabinetów prezesów firm. 99 procent z nich nie jest zainteresowanych hokejem i podnosi argument: "Gdybyście byli piłką nożną".

Wartość marketingowa hokeja podupadła, a to problem dalece bardziej złożony i dotyczy całego środowiska. Mrugała nie jest winien nadejścia dekoniunktury na hokej. Najlepsze lata hokejowej prosperity z dwoma zawodnikami w NHL, z awansem reprezentacji do MŚ gr. A zmarnowali pewni dwaj panowie, którzy dzisiaj mają sen spokojny. Nieprzespane noce mają za to kibice takich klubów, jak Podhale Nowy Targ, Naprzód Janów, Stoczniowiec Gdańsk, KTH Krynica.

2012-03-14 Jaka była Wisła prezesa Bogdana Basałaja?

Bogdan Basałaj, po niespełna dwóch latach drugiego podejścia do rządzenia Wisłą, wyprowadza się z Reymonta. Jak zapamiętamy jego drugą kadencję?

Trudno o jednoznaczne sformułowanie w stylu: „Było super!” albo: „Było beznadziejnie”. Trzeba zdać sobie sprawę z kontekstu, w jakim Bogdan Basałaj przejmował stery. Strukturalnie klub był w rozsypce. Basałajowi udało się odbudować pion sportowy (siatka skautów) i marketingowy. Znalazł dyrektora sportowego dysponującego świetnymi kontaktami – Stana Valckxa. Wspólnie zbudowali zespół, który zdobył mistrzostwo Polski i awansował do 1/16 finału, ale też zaczął przegrywać rywalizację o krajowe mistrzostwo. Bywa, nawet Wisła co roku nie będzie najlepsza w lidze.

Ale Bogdan Basałaj sam przed sobą postawił wysoko poprzeczkę. – Znalezienie głównego sponsora, budowa Akademii Piłkarskiej Wisły Kraków, podpisanie umowy z miastem na dzierżawę stadionu, stworzenie muzeum Wisły, prowadzenie polityki historycznej – wytyczył sobie ambitne plany. Za wyjątkiem ostatniego punktu, pozostałych nie udało się zrealizować.
„Gospodarka, głupcze!” – mawiał Bill Clinton. W Polsce nie trzymają się tego nie tylko rządy, ale też zarządy klubów. Najpierw Wisła miała „Erę”, później była zakazana już w naszym kraju firma bukmacherska. Odkąd w Polsce wprowadzono ustawę antyhazardową, Wisła pozostaje bez sponsora na koszulce. Mają go Legia (ActivJet), Lech (s. Oliver) czy Śląsk (Tauron) i tylko mistrzowie Polski reklamują Tele-Fonikę, która i tak jest właścicielem klubu, a swoje logo na koszulce umieszcza bardziej z braku laku, niż potrzeb marketingowych.

Akademia Piłkarska Wisły miała być odpowiedzią „Białej Gwiazdy” na szkołę Legii Warszawa. W dobie, gdy Wisła narzeka na wygórowane ceny za polskie talenty (np. Polonia Warszawa żądająca za Tomasza Jodłowca miliona euro), Legia prowadzi akademię, do której sprowadza diamenty z prowincji, by fachowo je szlifować. Wystarczyły wyprawy do Jastrzębia Głowaczów, KS Piaseczno, Świtu Nowy Dwór Mazowiecki, a później solidna, uczciwa praca szkoleniowa, by mieć w pierwszym zespole: Rafała Wolskiego, Michała Żyrę, Michała Kucharczyka. A Wisła jest skazana na wypożyczenie Dudu Bitona i późniejsze zgryzoty, gdyż nie stać jej na wydanie 1,6 mln euro na wykupienie piłkarza. Bogdan Basałaj przez blisko dwa lata zbudował siatkę skautów, zatrudnił fachowca od szkolenia młodzieży, ale akademii jak nie było, tak nie ma. Bez niej Wisła przez lata będzie skazana na płacenie słono za każdego sprowadzonego zawodnika.

Polityka historyczna – przypominanie kibicom największych sław klubu, wieszanie ich koszulek pod dachem stadionu to miły, ale jednak niuans. Tym się piłkarzy nie nakarmi.
Wisłę latem czeka znowu rewolucja w szatni. Drużyna, która miała za cel podstawowy awans do Ligi Mistrzów teraz przypomina „chwilówkę”. Zbudowana na szybko i na jedną, dwie misje. Latem bez kilku transferów się nie obejdzie. Kontrakty wygasają: Pareice, Bitonowi, Diazowi, Lameyowi, Paljiciowi, Jirsakowi, Nunezowi i Sobolewskiemu. Ktoś ich musi zastąpić, a w kasie się nie przelewa.
Bogdan Basałaj jest jednym z lepszych menedżerów na krajowym rynku sportowym, ale misja „powrót do Wisły” udała mu się tylko częściowo.

2012-03-08 Włodzimierz I Wielki

Nazywali go Walendziak, gdyż łudząco był podobny do przewodniczącego komitetu blokowego, Tośka Walendziaka z "Czterdziestolatka", którego grał Jan Gałązka. Na boisku przed nikim nie pękał, choć poza nim zmieniał się nie do poznania. Włodzimierz Smolarek zostawił polską piłkę za wcześnie.

Gdy Włodek strzelał gole w meczu z NRD, Polakom ciekły z oczu łzy radości. Była siermiężna komuna (1981 rok), w telewizji furorę robili "Czterej Pancerni i Pies". "Szkopów" szczególnie się nie lubiło, a tu na ich ziemi (w Lipsku) wyskakuje krępy Smolarek i zadaje im dwa potężne ciosy, niczym działonowy Gustaw Jeleń - najpierw odłamkowym, a później przeciwpancernym. Zwycięstwo 3-2 i można się było pakować na hiszpański mundial.

Zwłaszcza pierwsza bramka pana Włodka była majstersztykiem. Przeszedł jak taran, dwukrotnie upadł, ale za każdym razem powstawał, by w końcu wpakować piłkę do "pustaka".
Ktoś, kto obejrzy tę akcję, zrozumie, że Zibi Boniek, wspominając przyjaciela tymi słowy: "Ze Smolarkiem mogłeś pójść na wojnę i ją wygrać" trafił w sedno.
Gdy w pierwszej połowie lat 80. grałeś w piłkę, to wcielałeś się w Bońka, bądź Smolarka. "Buncolów" było znacznie mniej. Pan Włodek był zjawiskiem socjologicznym, wycisnął piętno na całym społeczeństwie - znali go i lubili wszyscy, nie tylko ci, co szaleją za piłką made in Widzew, czy reprezentacja Polski.

Po raz ostatni miałem przyjemność rozmawiania z nim jesienią w Poznaniu, po meczu Polska – Wybrzeże Kości Słoniowej. Cieszył się, że jego syn Ebi na tę kilka minut wrócił do reprezentacji Polski, a lada moment miał z Polonią przyjechać do Poznania na starcie z Lechem (Ebi wygrał je 1-0 w ćwierćfinale Pucharu Polski, ale w rewanżu „Kolejorz” odrobił straty), wierzył, że junior złapie się do składu na Euro 2012. Był w świetnym nastroju. Grzeczny, elokwentny, nikomu nie odmówił rozmowy.

Teraz pozostaje nam tylko pomodlić się za Niego i trzymać kciuki, by Tam mu było lepiej. A Ebi niech zrobi wszystko, by selekcjoner nie zapomniał o nim podczas wysyłania powołań na Euro 2012, które jego Tata będzie obserwował już z góry.
Nie miałbym nic przeciwko temu, aby piłkarze reprezentacji Polski już na zawsze uznali Pana Włodka za duchowego patrona, za symbol walki do samego końca.

Trudno pojąć, dlaczego nikt w Polsce nie wykorzystał jego potencjału i doświadczeń z pracy w Feyenoordzie do stworzenia i wprowadzenia skutecznego systemu szkolenia młodzieży. Ale to w naszym stylu - zaczynamy cenić ludzi dopiero wtedy, gdy odchodzą... 

Włodzimierz Smolarek
Urodzony: 16 lipca 1957 r. w Aleksandrowie Łódzkim,
Zmarł nagle:
7 marca 2012 roku w Aleksandrowie Łódzkim
Pogrzeb odbędzie się w sobotę o godz. 12, w kościele św. Stanisława Kostki w Aleksandrowie Łódzkim.


2012-03-03 Prezes Cracovii zachowuje spokój, spokój grabarza?

Cracovia pikuje w dół, a Wisła po jednej porażce strąciła z fotelu trenera Kazimierza Moskala – krakowskie kluby znalazły się na ostrym zakręcie. Czy prezes Cracovii, Janusz Filipiak zachowuje spokój granarza?
Spotkanie „Pasów” z Zagłębiem Lubin miałem okazję oglądać w towarzystwie byłego świetnego obrońcy obu krakowskich klubów Ekstraklasy – Kazimierza Węgrzyna. – Panowie, jesteśmy świadkami koszmarnego meczu – swym tubalnym głosem Kazik podsumował poczynania piłkarzy obu klubów. W roli eksperta Canal + Węgrzyn spełnia się znakomicie, ale ze swą charyzmą, a przede wszystkim znajomością tematu, byłby świetnym trenerem.
Istotnie, mecz był koszmarny. Głównie za sprawą gospodarzy, którzy pod względem budżetu są w górnej połowie tabeli, pod względem stadionu – w pierwszej czwórce, ale po ocenie tego, co najważniejsze – gry, są jednym z dwóch najgorszych zespołów w lidze.

„Gra na demolkę” – jak określił to trener Jagiellonii Tomasz Hajto, to strzał w „dziesiątkę”. Cracovii brakuje pomysłu na rozegranie piłki, a przede wszystkim nadających się do tego wykonawców. Boljević nie tylko Xavim, czy Iniestą, ale nawet Mateuszem Klichem nigdy nie będzie. Opcje zastąpienia sprzedanego do Wolfsburga Klicha - Tamirem Kahlonem, czy Rokiem Strausem zakończyły się fiaskiem totalnym. Na dodatek między zawodnikami „Pasów” chemii na boisku nie ma na pewno. Wtajemniczeni twierdzą, że ona jest za to między trenerem Dariuszem Pasieką a właścicielem klubu – Januszem Filipiakiem. Profesor ma już na koncie wizytę w przerwie meczu w szatni, a w piątek to na jego polecenie miał być zdjęty z boiska Saidi Ntibazonkiza. Saidi miał prawo być zmęczony, gdyż dopiero w czwartek wrócił z Burundii, ale chciał grać. To jedyny – obok Visniakovsa - piłkarz w „Pasach”, który jest w stanie wygrać pojedynek z rywalem. Burundyjczyk chciał walczyć dalej, po zdjęciu z boiska był wściekły, trenera minął szerokim łukiem.

Cracovia ma wiernych kibiców, którzy w sile ponad ośmiu tysięcy (to progresja w stosunku do koszmarnego w wykonaniu piłkarzy Pasieki występu z Jagiellonią), znakomicie i kulturalnie ją dopingowali. Do momentu, w którym nie stało się jasne, że „Pasy” przegrają mecz o kluczowym znaczeniu. Rok temu zespół Jurija Szatałowa wygrał taki strategiczny mecz w Bytomiu, z Polonią. Teraz taki mecz przegrywa, podając rękę drużynie, która zamiast niej się topiła w strefie spadkowej. – Niestety, przez tę porażkę jesteśmy gorsi od Zagłębia w dwumeczu, a ten bonus daje im dodatkową przewagę nad nami – rozkładał ręce trener Pasieka, który stracił pewność siebie i chyba wiarę w to, co robi. Na pytanie, w czym kibice mają szukać nadziei w perspektywie trzech wyjazdów z rzędu (ŁKS, Śląsk, Lech), skoro zespół nie potrafił punktować skutecznie u siebie, odpowiedział: - Na dzisiaj znajduję tylko jedną odpowiedź – nadzieja umiera ostatnia.

Na trybunach po meczu zawrzało. „Jak nie chcecie grać, to sp…..” – wołali kibice do dziękujących im za doping piłkarzy. Dostawało się trenerowi. Skandowanie: „Piłka nożna bez Pasieki!” musiało dotrzeć do jego uszu.
- Kto to nasprowadzał tylu słabych piłkarzy – dziwił się Węgrzyn. - Cracovia nie jest już biało-czerwona, ona staje się przeźroczysta. Jest jak organizm, który odrzuca wszelkie zdrowe przeszczepy, co musi doprowadzić go do śmierci, czyli degradacji – trafnie porównywał ekspert w dziedzinie „Pasów” z INTERIA.PL – Rafał Walerowski.
Tymczasem prof. Filipiak zachowuje spokój, nie zamierza zwalniać trenera. Oby ten spokój, nie okazał się być spokojem grabarza.

Na wyjście awaryjne Cracovia szykowała Michała Probierza, ale tego cenionego na nie tylko krajowym rynku fachowca zatrudniła Wisła. Jeśli już zastępować Kazimierza Moskala, to z pewnością Probierzem – co do tego nie ma wątpliwości, ale …. Zwolnienie Kazika Moskala nastąpiło za wcześnie. Wydawało się, że Wisła wreszcie daje mu poważną szansę. Określenie go trenerem na stałe, nazwanie „Pepem Guardiolą Wisły Kraków”, a także apel do mediów, by do trenera nie zwracać się per „Kaziu” – wszystko to było zbyt słabe wsparcie dla stawiającego pierwsze kroki, a więc potrzebującego mocnego poparcia szkoleniowca. Moskal nie dostał jednego choćby transferu, by móc podnieść rywalizację o miejsce w składzie. – Nic nie działa tak mobilizująco na piłkarzy, jak właśnie zdrowa rywalizacja – powiedział trener Kazimierz podczas czatu w INTERIA.PL.

Był grzeczny i lojalny, więc nie domagał się głośno: „Sprowadźcie wreszcie lewego obrońcę”, ale teraz stał się ofiarą. Oszczędnej polityki transferowej klubu i lekceważenia swych obowiązków, jakie zaprezentowali piłkarze zwłaszcza w meczu z Koroną.
Co o zwolnieniu Moskala sądzi Kazimierz Węgrzyn. – Ta drużyna nie grała źle przy Moskalu. O wiele lepiej niż za Maaskanta, którego Wisła trzymała tak długo. Najważniejsze, że piłkarze pod batutą Moskala przejawiali ochotę do gry. Gdyby Wiśle nie poszło w Gdańsku, to wtedy dopiero bym się zastanawiał nad zmianą trenera. Kazimierz Moskal zasługiwał na jeszcze jedną szansę – podkreślał słusznie Węgrzyn.

2012-02-28 Małecki: Chcą mnie inni, ale liczy się tylko Wisła

Wisła Kraków zawiesiła Patryka Małeckiego, który nie chciał podać ręki trenerowi Kazimierzowi Moskalowi. Kara była konieczna, ale pat w sprawie „Małego” nie służy jednak nikomu i nie powinien trwać długo.

- Mam oferty z polskich klubów, ale nie chcę w naszym kraju grać nigdzie poza Wisłą – deklaruje w rozmowie ze mną „Mały”, który nie poradził sobie z własną frustracją i zapędził się sam w kozi róg. Małecki nie zamierza się przenosić do ŁKS-u, ani nigdzie indziej w granicach RP. Do końca okresu transferowego zostały niespełna dwa dni.

Zarząd Wisły ukarał Patryka surowo – półroczną dyskwalifikacją. Kara nadejść musiała, gdyż – jak ogłosili słusznie włodarze w komunikacie: „Żaden piłkarz nie może być ważniejszy niż klub”. Sprawa ma jednak również drugie dno. Dziwnym trafem sytuacja z Małeckim zaczyna jednak łudząco przypominać tę, z jaką się przy Reymonta zetknął przed laty Kamil Kosowski.

„Kosa” – kupiony przez Wisłę z Górnika Zabrze za młodu – był traktowany przez Bogusława Cupiała niczym wychowanek. Miało to swoje plusy – Kamil długo był ulubieńcem, prezes kupił mu nawet 100-metrowe mieszkanie w luksusowym osiedlu. Lata płynęły, a „Kosa”, który bez wątpienia był liderem drużyny mającym na nią nieraz większy wpływ niż zmieniający się niczym rękawiczki zimą trenerzy, pozostał z poborami w wysokości 7 tys. zł miesięcznie. – I to jeszcze wtedy, gdy rada nadzorcza zgodzi się uznać zasadność wypłacenia mi premii – podkreślał Kamil Kosowski.

Nawet po powrocie z wojaży zagranicznych, mimo że Wisła sporo na nim zarobiła (2,5 mln euro). Kosowski nie mógł się doczekać podwyżki. Chciał 150 tys. euro, ale po jednej wypowiedzi dla prasy o pampersach, boss z Myślenic przekreślił go. Ówczesny dyrektor sportowy, Jacek Bednarz oświadczył ze smutkiem: - Nie mamy dla Kamila Kosowskiego już żadnej oferty.

Po odprawieniu "Kosy", Bednarz – na życzenie ówczesnego trenera Wisły, Macieja Skorży – zatrudnił piłkarza zarabiającego rocznie 320 tys. euro (a więc dwa razy więcej niż chciał Kamil), piłkarza, który w całej karierze w „Białej Gwieździe” rozegrał zaledwie kilka dobrych meczów. Za to przyciągnął za sobą aferę korupcyjną, w której efekcie klub odmówił mu nawet wręczenia medalu za mistrzostwo Polski. Takie to były mądre ruchy kadrowe.

Rzeczywistość dopisała scenariusz sama – „Kosa” jest dziś liderem GKS-u Bełchatów, a o zawodniku, który miał go zastąpić słuch zaginął.

Patryk Małecki przy Reymonta też jest traktowany jak wychowanek, który ma się cieszyć z tego, że żyje i z faktu, że po podwyżce zarabia w Wiśle 30 tys. zł miesięcznie. Dla przeciętnego śmiertelnika, który musi sobie radzić za 1500 zł od pierwszego do pierwszego, to pieniądze niewyobrażalne. Piłkarze mają jednak świadomość, że czas płynie im znacznie szybciej, a kariera nie trwa wiecznie. Dobre pobory skończą się tuż po „trzydziestce”. Na dodatek „Mały”, będąc liderem drużyny, na liście płac jest daleko z tyłu. Często kilkakrotnie więcej zarabiają zawodnicy z ławki rezerwowych ściągnięci za kadencji Stana Valckxa, choć ich wkład do gry zespołu i przywiązanie do barw klubowych są bez porównania mniejsze, niż czupurnego „Małego”. To powodowało rosnącą frustrację Patryka, który miał prawo czuć się wyzyskiwany. „ Jeżeli koledzy zarabiają po 400 tys. euro rocznie, a ja nie wyciągam 90 tys. euro, to coś jest nie tak” – burzyło się w młodej głowie i frustracja rosła i przygłuszała cierpliwość, dzięki której mógł się doczekać kontraktu oferującego mu wynagrodzenie na miarę umiejętności.



Nie ma dwóch zdań – te wszystkie wyskoki z atakiem na dziennikarza, wyganianiem „pikników” na drugą stronę Błoń, czy odmowa podania ręki ikonie klubu – Kazimierzowi Moskalowi, Patryk mógł sobie darować. Czy jednak w interesie Wisły jest obniżanie wartości jednego ze swych najlepszych towarów eksportowych? Ile może być wart Małecki trenujący w pojedynkę? Indywidualnie ciężko uprawiać bieganie, a futbolu po prostu się nie da!

Pamiętamy wyskoki wychowawcze innych piłkarzy, które przy Reymonta uchodziły im na sucho. Piotr Brożek rzucający w kierunku Macieja Skorży podczas meczu z Odrą Wodzisław: „Sam se ku… graj”, został zmieniony, ale nie zawieszony. Mauro Cantoro dwa razy po zmianie na początku II połowy nie mógł utrzymać nerwów na wodzy, przebierał się i jechał do domu nie czekając na koniec meczu. Takie to są emocje, nad którymi wyrwany z żywiołu boiskowej walki piłkarz nie potrafi często zapanować.

Czy ktoś zawiesił Franka Ribery’ego, gdy ten po porażce w Lidze Mistrzów z FC Basel nie podał ręki trenerowi Yupowi Heynckesowi? Nie, odbyła się pewnie rozmowa dyscyplinująca w zaciszu klubowych gabinetów. W jej efekcie słynny Francuz strzelił dwa gole i był ojcem zwycięstwa w starciu Bayernu z Schalke. U nas jednak wszystko odbywa się o wiele mniej dyplomatycznie, tak trochę przy pomocy młotka.

Owszem, Małecki był swego rodzaju recydywistą, bo to nie pierwszy jego wyskok. Należy jednak zrozumieć źródło problemu – klub traktował go jak wychowanka i nie chciał słyszeć o podniesieniu zarobków do chociażby średniej drużynowej (czyli ok. 150 tys. euro rocznie). Gdyby to zrobił, zmotywował „Małego” do lepszej gry, to dzisiaj mógłby go sprzedać za około 2 mln euro, tak jak Legia pozbyła się tercetu: Borysiuk, Rybus, Komorowski i na jego miejsce sprowadzić piłkarza bardziej zdyscyplinowanego. Obecne rozwiązanie na dłuższą metę, to strzał w stopę Małeckiego, ale też Wisły Kraków.


<< Maj 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
O mnie
mibi71
Rabka-Zdrój
Słówko o mnie
W latach 1999-2007 pracowałem w GW, wcześniej w "Czasie Krakowskim" i "Tempie". Moje pasje, to futbol, hokej, bieganie maratonów i pozytywne sportowe wibracje.
Zobacz mój profil
Archiwum
Rok 2012
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Księga gości
 

O piłce w Interia.pl

zobacz więcej »

Zobacz serwisy INTERIA.PL
Zobacz wizytówkę użytkownika » mibi71.znajomi.interia.pl W światło bramki - RSS Blog blog.interia.pl