mibi71
mibi71.blog.interia.pl

Notki

2012-01-26 Dlaczego Franz Smuda znowu może powołać Dariusza Szpakowskiego

Ebi Smolarek? To równie dobrze mogę powołać Dariusza Szpakowskiego - ta odpowiedź selekcjonera reprezentacji Polski, Franciszka Smudy znowu jest aktualna, bo Ebi jest bez pracy. Smutne i pokręcone są losy zawodnika, który w Polsce trze razy był wybierany piłkarzem roku i to nie w tak bardzo zamierzchłych czasach.


Jeszcze w grudniu Ebi Smolarek z Al-Khor zapewniał, że rozważa powrót do reprezentacji Polski. Tymczasem Katarczycy rozwiązali z nim kontrakt, więc najpierw nasz zapomniany nieco napastnik musi znaleźć nowego pracodawcę, bo przecież nie skończy kariery w kwiecie wieku (31 lat).

Smolarek junior zagrał w lidze katarskiej 10 meczów, w których strzelił trzy gole. Smutne jest to, że rywalizację o miejsce w składzie przegrał z Moumounim Dagano z Burkina Faso.

Będący w formie, bramkostrzelny Ebi z pewnością przydałby się Orłom w perspektywie Euro 2012. Pytanie jest tylko jedno - czy zdąży znaleźć nowego pracodawcę, a później szybko się u niego odbudować? Latem 2007 roku Racing Santander płacił Borussi Dortmund za Ebiego bez mała 5 mln euro. Od czerwca 2008 roku Ebi nie zagrzał jednak miejsca ani w Boltonie, ani w Kavali, ani w Polonii Warszawa, ani w Al-Khor, a przecież po wcześniejszym rozwiązaniu z nim umowy przez Racing Santander, niemal przez pół roku pozostawał bez pracy!

- Kto przy zdrowych zmysłach idzie do Kavali, co Ebi tam robi? - dziwił się w rozmowie z INTERIA.PL Kamil Kosowski.

A tymczasem to Smudzie się dostawało po głowie, gdy mówił: - Kavala? Kawała, to ja wam mogę, ale opowiedzieć.

Podnosiło się larum, że nie stać nas na pomijanie piłkarza z - jakby nie było greckiej ekstraklasy. Rzeczywistość to zweryfikowała brutalnie: efekt jest taki, że nie ma dziś Kavali (karnie zdegradowana wegetuje w 7. lidze), a w próżni jest zawieszony statut piłkarski Smolarka, jego wartość spadła drastycznie.

Franz Smuda mógłby się śmiać, bo znowu wyszło, że miał rację, ale daleko mu do tego. - Czasem łapię się za głowię, gdy widzę, jak nasi piłkarze marnują się za granicą - mawia selekcjoner Polaków.

Zegar przed Euro 2012 tyka niemiłosiernie, a poza Robertem Lewandowskim, przy pozostałych polskich napastnikach można postawić tylko jeden, wielki znak zapytania.

2012-01-25 Nie chcą karmić żywego trupa, a on bije mistrza Polski!

Osłabieni kadrowo, beznadziejnie słabo i z wielkimi poślizgami opłacani hokeiści MMKS/Podhala Nowy Targ znowu pokazali góralski charakter. Pokonali 5-4 mistrza Polski Comarch/Cracovię na jego lodowisku.

W Krakowie musieli radzić sobie bez czołowych obrońców Rafała Dutki i Sebastiana Łabuza, na lodzie musieli pierwszoplanowe role odgrywać siedemnastolatek Filip Wielkiewicz, czy osiemnastoletni Dawid Olchawski. Podopieczni Jacka Szopińskiego wygrali dopiero pierwszy mecz w tym roku, ale zacięcie i do końca walczyli w każdym spotkaniu, nawet z pozostającym w tym sezonie poza zasięgiem konkurencji KH Ciarko Sanok. „Biednemu wiatr w oczy” – stara prawda dotyczy również „Szarotek”. O jego silniejsze podmuchy starają się sędziowie. A to w meczu z Jastrzębiem sędzia uznaje rywalom gola strzelonego ręką, a to w Sanoku „Górale” dostają karę z kapelusza i w osłabieniu tracą gola na 9 sekund przed końcem III tercji zabierającego im choćby punkt. Na otarcie łez pozostała satysfakcja, że jako jedyni świetnie dysponowanemu w Przemysławowi Odrobnemu strzelili sześć goli.

Co szczególnie bulwersujące, podhalańskiemu hokejowi wieją w oczy niektórzy pracownicy magistratu Nowego Targu. Okazuje się, że z transzy za promocję miasta przez hokej, na klubowe konto trafiło tylko 33 proc. z kwoty 0,5 mln zł. Powód? Oficjalnie, źle wypełniony formularz przez pracowników Podhala (zamiast „stypendia” w opisie wniosku mieli wpisać „wynagrodzenie”). Nieoficjalnie, niechęć do wspomagania drużyny zagrożonej spadkiem z hokejowej ekstraklasy. – Co będziemy karmić żywego trupa – krąży po magistrackich korytarzach.
- Zamiast wykazać dobrą wolę, zadzwonić, bądź podejść do odległej o 200-300 m od magistratu siedziby Podhala i poinstruować jak naprawić błąd formalny, bezduszny urzędnik wysyła pismo tradycyjna pocztą. Wszystko to sporo trwa, a my powoli nie mamy nawet za co kupować żywności. Większość z nas jest utrzymywanych przez rodziców – opowiadał mi jeden z hokeistów.
Choć nie chce się do tego przyznać (honor), w długach tonie także trener Jacek Szopiński, który musi na dodatek przyjmować na klatę wyzwiska niezadowolonych po porażkach kibiców, ale serce i ambicja nie pozwalają mu na pozostawienie okrętu. Zwłaszcza wtedy, gdy na jego burcie pojawia się woda.
Żeby było jasne, zarobki hokeistów Podhala to drobne sumy, najczęściej 1,8-3 tys. zł. Nijak się mają do płacowej czołówki ligowej, która sięga, a w wypadku kilku gwiazd nawet przekracza 25 tys. zł miesięcznie.

Zachowanie miejskich urzędników jest niezrozumiałe. Podhale jest miejskim klubem, dzięki miastu trwa po rezygnacji ze sponsorowania Podhala przedsiębiorcy Wiesława Wojasa. Burmistrz Nowego Targu, Marek Fryźlewicz, chcąc mieć pewność co do społecznego poparcia dla hokeja, przeprowadził w jego sprawie referendum. „Szarotki” wygrały je stosunkiem głosów 70-30, tylko nie wiadomo, dlaczego teraz przegrywają z bezdusznymi urzędnikami.
- Ciekaw jestem, gdyby choć jedna wypłata tego urzędnika zależała od tego, czy wygra mecz i czy gdyby znalazł się w naszej sytuacji, rozumiał ją, to też bawił by się w wysyłanie pocztą papierków powodując nasze poślizgi płacowe – dziwią się rozgoryczeni hokeiści.
MMKS Podhale, poza hokeistami, nie ma obecnie żadnego pracownika. Zarząd stanowią społecznicy, rodzice hokeistów. Prezes Mirosław Mrugała namówił do wejścia do zarządu przyjaciół, wielu z nich w ratowanie hokeja zaangażowało prywatne pieniądze. Nierówna walka z biedą, w jakiej znalazł się klub, wycieńczyła i przetrzebiła działaczy. Zostało ich trzech. – Uparliśmy się, by dociągnąć to do końca sezonu, później mówimy „pas” – mówią.

Jeśli nie znajdą się nowi ludzie z pomysłami, energią potrzebnymi do znalezienia pieniędzy, Podhale Nowy Targ już za dwa miesiące będzie historią. Piękną, wspaniałą, ale minioną.


2012-01-23 Kamil Stoch wygrywa, a wielu wciąż tęskni za Adamem Małyszem

Tęsknota za Adamem Małyszem i dywagacje na temat nieobecności Orła z Wisły pod Tatrami, a zwłaszcza puste miejsca pod Wielką Krokwią, to dowody na to, że wartość marki Puchar Świata w Zakopanem spadła i to znacznie.

Jeszcze rok temu bilety na PŚ szły jak woda w upalne dni. Tym razem zostało w kasach sporo wejściówek. 16 tys. widzów z piątkowego konkursu i 21 tys. z sobotniego, to liczby około dwukrotnie mniejsze od tych sprzed roku, czy z jeszcze wcześniejszych edycji zakopiańskiego PŚ.

Sytuację próbował ratować prezes PZN-u Apoloniusz Tajner próbując wykorzystać do promocji zawodów Orła z Wisły. Sęk w tym, że Adam Małysz nie chciał – jak sam to nazwał – „robić za małpkę”. Zmęczony po powrocie z Rajdu Dakar obiecał wpaść, by porozmawiać z kolegami po fachu, ale nie zrobił nawet tego. Powodem miało być przeziębienie mistrza.
Kibice czuli się zawiedzeni nieobecnością Małysza – VIP-a na jego przecież ulubionym PŚ. Czuli niedosyt, ale pretensji do Adama mieć nie powinni. Jego „teraz”, to przygody na Rajdzie Dakar i inne rajdowe przygody. Widać, że nie zamierza odcinać kuponów od dokonań w charakterze skoczka.
Przy okazji podupada mit o tym, że Polska żyje skokami. Jeśli już, to Polska żyła, ale wersją tej dyscypliny z „Orłem z Wisły” w roli głównej. Teraz skoki schodzą na drugi plan i nie można tego uzasadnić brakiem sukcesów, czy promocji w TV. Kamil Stoch wygrał przecież zakopiański Puchar Świata w 2011 roku, wygrał również teraz. TVP prezentuje zawody z tą samą pompą, co poprzednio.

Dwóch naszych skoczków w czołowej „dziesiątce” PŚ, a czterech w „trzydziestce” PŚ to dowód, że praca Łukasza Kruczka, czy pieniądze wydane na program rozwoju skoków, nie idą na marne. Te oczywiste fakty nie przyciągają jednak przeciętnego Kowalskiego na Wielką Krokiew tak bardzo, jak robił to Adam Małysz. Przyszłość należy do Kamila Stocha. Tylko ten utalentowany i rozważny zawodnik może przywrócić Zakopanemu dawny blask.

2012-01-07 Trzeba trzymać kciuki za Głowackiego

Jak donosi Czesław Michniewcz obserwujący Werder Brema w Turcji, Sebastian Boenisch nie wygląda dobrze. Znad Bosforu doszły smutne wieści także w sobotę – Arkadiusz Głowacki znowu doznał kontuzji. Do Euro 2012 zostało tylko 152 dni.

Arkadiusz Głowacki – w założeniach Franciszka Smudy – ma być filarem defensywy kadry. Owszem, zdarzają mu się słabsze mecze, jak ten z Niemcami. Ale więcej było takich, jak ten z Norwegią (1-0), gdy był cierniem w oku rywali. Agresywne krycie, wyprzedzanie rywala w przyjęciu piłki i wygrywanie pojedynków główkowych - to jego znaki firmowe.

„Głowa” jest niezastąpiony również jako dobry duch zespołu. Mimo ciężkich doświadczeń z kontuzjami, a może właśnie z ich powodu, ma silną psychikę, zawsze stara się szukać pozytywów. Gdy po meczu z Meksykiem zagadnąłem go o to, czy nie widzi problemu w tym, że większość naszych piłkarzy z lig zagranicznych grzeje ławę, odpowiedział z uśmiechem odparł: „Nie ma co dramatyzować. Sytuacja każdego zawodnika zmienia się z dnia na dzień. Szczególnie w klubach zagranicznych dochodzi do sporej rotacji w składach. Jeśli do meczów ligowych dojdą w kilku przypadkach, jak w naszym, czy Borussii Dortmund Liga Mistrzów, puchar kraju, to każdy będzie miał szansę załapać się na jakiś kawałek tego piłkarskiego tortu i zagra taką ilość meczów, która pozwoli mu utrzymać wysoki poziom.”

Trudno znaleźć drugiego tak utalentowanego piłkarza, któremu rozwój kariery w równym stopniu blokował i nadal blokują problemy zdrowotne, jak dzieje się to z Arkadiuszem Głowackim z Trabzonsporu.
Nasz piłkarz znowu opuszcza boisko z powodu kontuzji, a przecież poprzednio serwisy donosiły o jego problemach zdrowotnych trzy miesiące temu, 24 września:
„Z powodu urazu boisko już w 31. minucie musiał opuścić obrońca Trabzonsporu Arkadiusz Głowacki w wygranym przez jego zespół 3-1 meczu z Karabuksporem.”

Urazy powodują, że wielu trenerów obniża notę Arkowi, albo wręcz go przekreśla.
- Głowacki? Wszystko byłoby dobrze i bylibyśmy całkowicie zadowoleni, gdyby tylko rozegrał więcej meczów, ale przeszkadzały mu w tym kontuzje – tak ocenił stopera reprezentacji Polski po sezonie 2010/2011 trener Trabzonsporu, Senol Gunes.
- Głowackiego przestałem powoływać, choć to świetny piłkarz, ale im dłużej gra się toczy na wysokim poziomie, on staje się bardziej podatny na kontuzję – to diagnoza Leo Beenhakkera, gdy podczas analizy przyczyn porażki na Euro 2008, na pytanie: „Kogo z polskim paszportem mogłem powołać, by obrona nie była dziurawa?”, mój kolega z „Gazety Wyborczej”, Robert Błoński rzucił: „Głowacki”.

Selekcjoner reprezentacji Polski, Franz Smuda to twardy człowiek. On wierzył i wciąż wierzy w Arka. – Jeśli tylko będzie zdrowy, wyślę mu powołanie – deklarował za każdym razem.
Tak mocną pozycję u Franza mają jeszcze Jakub Błaszczykowski, Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny. Jeśli tylko będą poruszać się o własnych siłach, a nie o kulach, to na Euro 2012 pojadą. Trzeba na nich teraz dmuchać i chuchać.
- Dużo spotkań ominęło mnie z powodu urazów, zdecydowanie za dużo. Ale nawet nie chcę ich liczyć, wolę nie pamiętać dokładnej liczby. Co mam zrobić, muszę radzić sobie z problemami zdrowotnymi i umieć z nimi żyć – mówił 11 miesięcy temu Arek, gdy po długiej, prawie półtorarocznej przerwie związanej z urazami, wrócił na kadrę, by rozegrać świetny mecz z Norwegią. Wydawało się, że najgorsze ma już za sobą.


Dobry duch reprezentacji Polski, na swego naturalnego następcę na pozycji stopera typował go nawet były kapitan Jacek Bąk, a trener Wisły Kazimierz Moskal wymienia go bez chwili zastanowienia jako najlepszego piłkarza, z jakim kiedykolwiek grał, bądź pracował w roli trenera. Można teraz tylko mocno zaciskać kciuki, by enta kontuzja Arka „Głowy” okazała się lekką.

2011-12-31 Reprezentacja Polski przed rokiem kluczowym

14 meczów, w tym dwa rozegrane w składzie ligowym, 7 zwycięstw, 3 porażki i 4 remisy; wbiliśmy rywalom 15 bramek, a oni nam – 12 – tak wyglądał rok 2011 reprezentacji Polski. Jaki będzie ten kolejny, z kluczową imprezą pośrodku? Mamy podstawy przypuszczać, że chłopaki Franza Smudy na Euro 2012 wstydu nie przyniosą.

Pewne jest jedno – najlepszej obrony w grupie B mieć nie będziemy, a już raczej grozi nam najsłabsza. Dlatego Franz Smuda musi postawić na skuteczny system defensywny, w który zaangażowany jest niemal cały zespół.

Znający naszą ligę od podszewki trener Wisły - Kazimierz Moskal podczas czatu w INTERIA.PL został poproszony o wytypowanie najsilniejszej jedenastki, na jaką stać nasz futbol na Euro 2012. Gdy doszedł do pozycji lewego obrońcy rozłożył ręce i powiedział: - Piotrek Brożek i Boenisch kontuzjowani. Niemożliwe, żeby był tylko Wawrzyniak. Jak tak ma być, to wolę grać bez lewego obrońcy.
Po dokończeniu swej kadrowej układanki odetchnął: „Uff, lepiej się reprezentacją nie zajmować.”

Franciszek Smuda podjął wyzwanie. Owszem, jest za to nieźle wynagradzany, ale gdzie mu tam do poborów Leo Beenhakkera. Franz nie załamuje rąk. – Wierzę w powrót do formy Boenischa, a gdyby nawet się to nie udało, to Kuba Wawrzyniak robi spore postępy, gra coraz lepiej w kadrze i w Legii – mówi.

Na pół roku przed Euro 2012 stwierdzenie „Jesteśmy gotowi na podbój ME” mogłoby się skończyć w konfrontacji z rzeczywistością tak samo jak engelowskie „Jedziemy po medal” głoszone przed mundialem 10 lat temu. Ekipa Smudy jest silna triem z Borussi Dortmund, czyli klubu, który w Niemczech radzi sobie nieźle już drugi rok z rzędu, ale w Europie poniósł fiasko. Na dodatek Robert Lewandowski, Łukasz Piszczek i Jakub Błaszczykowski mają na środku defensywy fachmanów klasy Matsa Hummelsa i Felipe Santany. O takich stoperach Franz Smuda może tylko pomarzyć i ściskać kciuki, by Arek Głowacki wytrwał w dobrej formie bez kontuzji do czerwcowej imprezy wszech czasów.

Mamy bramkarza, odkurzonego Marcina Wasilewskiego, solidnego i wszechstronnego Darka Dudkę, który w razie czego może gasić pożar nawet na stoperze, czy lewej obronie. Regres formy przeżywa coraz rzadziej goszczący w pierwszym składzie Lille Ludovic Obraniak, co jest o tyle istotne, że w reprezentacji miał być pewniakiem, egzekutorem większości stałych fragmentów gry, jednym z rozgrywających. Niewiadomych jest więcej i nie kończą się na: Ireneuszu Jeleniu (przeszedł do Lille, ale gra tam od święta), Pawle Brożku (zniknął ze składu Trabzonsporu) i Boenischu (zaczął biegać, ale ponad rok ma wyjęty z piłkarskiego życiorysu).

Najważniejsze, że Smudzie udało się zbudować twardy szkielet kadry i opracować styl gry pozwalający rokować, że Polska na Euro 2012 przynajmniej nie przyniesie wstydu. Życzę Wam, by w 2012 o reprezentacji Polski mówiło się i pisało w samych superlatywach, a kibicowanie jej dostarczało samych przyjemności!

Mecze reprezentacji Polski w 2011 roku:

06.02.2011, Portugalia: Polska - Mołdawia1-0 (Plizga 15.)
09.02.2011, Portugalia: Polska – Norwegia 1-0 (R. Lewandowski 19.)
25.03.2011, Kowno: Litwa – Polska 2-0
29.03.2011, Pireus: Grecja – Polska 0-0
05.06.2011, Warszawa: Polska – Argentyna 2-1 (A. Mierzejewski 27., Brożek 67.)
09.06.2011 Warszawa: Polska - Francja 0-1
10.08.2011, Lubin: Polska - Gruzja1-0 (Błaszczykowski 37.)
02.09.2011, Warszawa: Polska - Meksyk 1-1 (Brożek 27.)
06.09.2011, Gdańsk: Polska - Niemcy 2-2 (R. Lewandowski 51., Błaszczykowski 90.)
07.10.2011, Seul: Korea Południowa - Polska 2-2 (Lewandowski 29., Błaszczykowski 83.)
11.10.2011, Wiesbaden: Polska – Białoruś 2-0 (Błaszczykowski 31., Lewandowski 69.)
11.11.2011, Wrocław: Polska – Włochy 0-2
15.11.2011, Poznań: Polska – Węgry 2-1 (Brożek 37., Vanczak 85. samobójczy)
16.12.2011, Antalya (Turcja): Polska - Bośnia i Hercegowina 1-0 (Sobota 26.).


2011-12-29 Dwa oblicza polskiej piłki w 2011 r.

Piłkarski rok 2011 w Polsce? Miał dwa oblicza. Szare i śmierdzące szlamem wypływającym z PZPN-u (gdzie jest Orzeł Biały, afera nagraniowa, Polska gospodarzem meczu rozgrywanego w Wiesbaden i karty kibica po 32 zł), ale też kolorowe związane z T-Mobile Ekstraklasą. Ekstraklasą, którą rozwinęło ściągnięcie gwiazd Maora Meliksona i Danijela Ljuboi.

Nad ciemną stroną piłkarskiego medalu nie ma sensu dłużej się rozwodzić. Po co psuć kibicom nastrój. Świetnie zdiagnozował problemy kulawych rządów Grzegorza Laty Zbigniew Boniek w wywiadzie dla INTERIA.PL mówiąc: „To wszystko z biedy”. Ja bym dorzucił jeszcze do niej brak kompetencji i zgnuśniałość pezetpenowskiego terenu, który na piedestał wepchnął Latę.

Piękne, nowe stadiony (szkoda, że jeden z nich wypadł do 1. ligi), pojawienie się sponsora i nowe rozdanie telewizyjne zdecydowanie ożywiły naszą najlepszą ligę. Doskonale się złożyło, że w ślad za tym poszedł sukces sportowy – awans Wisły i Legii do 1/16 Ligi Europejskiej. Eksportowe zespoły ambitnie budują też Lech Poznań, Śląsk Wrocław i Polonia Warszawa. Mimo sporych dysproporcji w budżetach między pierwszą piątką (Wisła, Legia, Śląsk, Lech, Polonia) a resztą, T- Mobile Ekstraklasa jest ciekawa i nieprzewidywalna. W mijającym roku zyskała dwie indywidualności, najjaśniej świecące gwiazdy.

Jeszcze rok temu nazwisko Maor Melikson kibicowi polskiej piłki mówiło niewiele. Teraz jest synonimem piłkarskiej świeżości, polotu, błysku. Potrafi robić rajdy przez pół boiska z piłką biegnąc szybciej, niż rywale bez niej. Nie tylko Wisła, cała Polska przyjęła Maora z otwartymi rękoma, więc on się garnął w objęcia kraju własnej matki. W Izraelu ktoś wzniecił wojnę medialną o Meliksona, gdy ten ogłosił chęć gry dla Polski. Efekt jest taki, że dzisiaj skołowany piłkarz jest na barykadzie i wstrzymał się od występów dla któregokolwiek z krajów.
Pewne jest jedno – na transferze z Hapoelu Ber Szewa zyskała Wisła, ale skorzystał też Melikson. Gdy przyjeżdżał do Polski, wyceniano go na 350-400 tys. euro, więc można było uznać, że „Biała Gwiazda” przepłaciła wydając 750 tys. euro. Dzisiaj Maor jest wart 2,1 mln euro.
Z powodu kontuzji Maor stracił ponad dwa jesienne miesiące, ale i tak w całym roku zdobył dla Wisły 9 goli, a przy kolejnych 9 asystował.

„Przychodzi na luksusową emeryturę” – mogło pomyśleć wielu, gdy Legia Warszawa zaangażowała 33-letniego Danijela Ljuboję. Serb zadał kłam tym opiniom. Stworzył świetny duet z rodakiem Miroslavem Radoviciem, obaj nadali atakom Legii nową jakość. Dziewięć goli i siedem asyst w Ekstraklasie i Lidze Europejskiej mają jeszcze mniejszy wymiar, niż niekonwencjonalne zwody, którymi Ljuboja ściąga na Pepsi Arenę tłumy.
- Jedno mogę obiecać – w każdym meczu będę dawał drużynie sto procent tego, co potrafię – zadeklarował Danijel i wywiązuje się z danego słowa.

Trudno nie zauważyć, że Ekstraklasa zyskała na powrocie do niej dawnych gwiazd Wisły Kraków – Marcina Baszczyńskiego i Kamila Kosowskiego, które pokazują, że warto ich było odkurzyć. Zachęcony powodzeniem przygody z „Baszczem” prezes Józef Wojciechowski myśli ponoć o wypożyczeniu z Trabzonsporu Pawła Brożka. „Kosa” miał przejść do nowej, silnej na wiosnę Jagiellonii, ale jej architekt – Czesław Michniewicz niespodziewanie stracił pracę. Wrócił też Grzegorz Rasiak, ale z jakim efektem? Zobaczymy w przyszłym roku.

2011-12-26 Kazimierz Moskal prezentem dla kibiców, ale też klubu

Wisła sprawiła prezent świąteczno-noworoczny kibicom i samej sobie pozostawiając na stanowisku trenera Kazimierza Moskala.

Na przedświątecznej konferencji prasowej prezes Wisły Bogdan Basałaj zaapelował do przedstawicieli mediów, by nie zwracać się do trenera per „Kaziu”. Chyba niepotrzebnie. Przecież fakt, że ktoś po latach znajomości tak mówi do żywej legendy nie oznacza wcale, że podważa jego autorytet, czy nie okazuje dlań szacunku. Tym bardziej, że te - niezwykle ważne dla trenera mistrza Polski atrybuty (autorytet i szacunek otoczenia) – Kazimierz Moskal posiada. Zapracował na nie całą karierą, ba całym życiem. Był wzorem piłkarza, był jest i będzie wzorem człowieka. Wierzę, że posłuży także za wzór trenera, bo już daje ku temu przesłanki.

Moskal w roli strażaka występował już trzykrotnie. Teraz jednak ma dopiero realną szansę. Na jego korzyść działa wiele faktów. Choćby taki, że teraz w szatni nie ma już piłkarzy, którzy pamiętają go z boiska, przez co siłą rzeczy traktować by go mogli bardziej jako kolegę, niż trenera. Jako człowiek, który w pojedynkę uratował kiedyś Wisłę (sprzedanie Moskala do Lecha pozwoliło „Białej Gwieździe” przetrwać kryzys w dobie na długo przed wejściem na Reymonta Tele-Foniki), na trybunach cieszy się niemal takim mirem, jak legendarny Henryk Reyman.

W odróżnieniu od pierwszych dwóch przygód z trenowaniem Wisły, Moskal zrobił spory postęp w zakresie coachingu. Podczas meczu nie stoi biernie, tylko podpowiada, pokrzykuje, „żyje” z drużyną. Wisła – stawiając dla trenera Kazika - wybrała opcję bezpieczniejszą. Ewentualny obcy fachowiec na miejsce Moskala, kosztowałby z pewnością znacznie więcej, a gwarancji lepszych wyników nie dałby żadnych. Tymczasem wprowadzenie nowej opcji w szatni, która w wypadku Wisły jest organizmem wielokulturowym i wielojęzykowym, byłoby wielce ryzykowne. Zanim całkiem nowy trener te piłkarskie klocki by poznał, a później poukładał, „Biała Gwiazda” mogłaby by się znaleźć za burtą Ligi Europejskiej i wrócić na tarczy z rywalizacji o Superpuchar, a także przekreślić marzenia o Pucharze Polski, który dla wiślaków jest najkrótszą drogą do pucharów.

Sęk w tym, że poparcie „góry” dla młodego trenera powinno się zacząć, a nie zakończyć na zdjęciu zeń łatki „tymczasowy”. Moskal nie będzie walił pięścią w stół w walce o transfery, więc ważne jest, by zabiegali o nie dyrektor Stan Valckx i prezes Bogdan Basałaj. Ciągle wzmacniana, budowana perspektywicznie drużyna w Wiśle jest w interesie wszystkich – kibiców, zarządu, rady nadzorczej, sztabu trenerskiego, a przede wszystkim - właściciela. Bez wzmocnień wiosenny maraton dla wiślaków niekoniecznie musi być zwycięski. Najłatwiej zwalić będzie wtedy winę na Moskala, bo on podkreśla, że ten zespół jest silny i stać go na prymowanie w Polsce, tylko czemu to będzie służyć?

2011-12-25 Subiektywna "11" jesieni w T-Mobile Ekstraklasie

Piłkarze Legii Warszawa i Śląska Wrocław zdominowali moją subiektywną "11" rundy jesiennej w T-Mobile Ekstraklasie.

Duszan Kuciak musiał się w niej znaleźć, bo bronił z pasją i pokazał Legii, że nie trzeba wydawać bajońskich sum, by mieć fachowca między słupkami. Spośród stoperów wybrałem jego kolegę klubowego - Marcina Komorowskiego, a nie Michała Żewłakowa. Od "Żewłaka" pewnie więcej zależało, ale Komorowski zaliczył rundę życia, a dla jego starszego kolegi "international level" to chleb powszedni od kilkunastu lat. Piotr Celeban to fenomen - obrońca strzelający gola za golem. Nie jest tak dobrze, by na lewej flance defensywy znaleźć również Polaka. Legionista Jakub Wawrzyniak łata dziurę po kontuzjowanym Sebastianie Boenischu w kadrze, ale nie mamy kogoś tak błyskotliwego, jak widzewiak Dudu Paraiba.

W pomocy, na prawej stronie wystawiłem króla asyst (ma ich 9) - Kamila Kosowskiego. Lata płyną, a nadal nikt w naszej lidze nie potrafi tak dobrze dośrodkować piłki w pole karne rywala, jak on. Robi to tak dobrze, że nawet obrońcy strzelają samobóje (prawda, panie Kosanović?). Gdyby "Kosa" miał dwie wiosny mniej, wymiatałby pewnie w Wiśle, bądź innym czołowym klubie, a nie w Bełchatowie.


Trudno było nie wstawić do najlepszego zestawu jesieni przeżywających życiową formę Sebastiana Mili, Miroslava Radovicia i Macieja Rybusa. Atak zarezerwowałem dla Artjoma Rudniewa (ma 18 goli na koncie i żaden z nich nie pochodzi z rzutu karnego) i Dudu Bitona, którego bramki pozwoliły się Wiśle utrzymać przy życiu (trafienia Izraelczyka dały wiślakom 10 pkt). Ljuboja czaruje w Legii, ale nie jest tak skuteczny, jak wiślak, chociaż pracuje w pocie czoła dla swego zespołu. Wygląda na to, że Biton długo miejsca w naszej Ekstraklasie nie zagrzeje. W czerwcu 2012 roku Wisła będzie musiała wyłożyć na niego 1,6 mln euro, a to mało prawdopodobny scenariusz.

Reprezentacja T-Mobile Ekstraklasy:
Duszan Kuciak (Legia) - Piotr Celeban, Jarosław Fojut (obaj Śląsk), Marcin Komorowski (Legia), Dudu (Widzew) (rezerwa - Luis Henriquez - Lech) - Kamil Kosowski (PGE GKS Bełchatów), Sebastian Mila (Śląsk), Miroslav Radović (Legia), Maciej Rybus (Legia) - Artjom Rudniew (Lech Poznań), Dudu Biton (Wisła) (rezerwa - Danije Ljuboja - Legia).


Najbardziej przewidywalne kolejki - 3. i 9.


Od sezonu 2011/2012 T-Mobile Ekstraklasie towarzyszy serwis dla wielbicieli darmowego typowania wyników meczów - 11na11.pl. Możecie nie tylko typować i porównywać się z innymi graczami (bawi się z nami ponad 17 tys. kibiców), ale też od niedawna komentować.

Historia dotychczasowych typowań pokazuje, że najłatwiejsze do przewidzenia były rozstrzygnięcia w 9. kolejce (aż 42 osoby trafiły w osiem na osiem), a tuż za nią była trzecia kolejka (29 maksymalnych trafień).

Zdecydowanie częściej tylko jednostkom udało się przewidzieć wyniki wszystkich meczów, a w kolejkach: 1., 4., 5., 6., 8., 10., 12., 13., 14., 15. i 17. nie było ani jednej osoby, która trafiłaby osiem na osiem! To dowodzi, że nasza liga jest wyjątkowo nieprzewidywalna, a dzięki temu także ciekawa! Życzę Wam powodzenia na wiosnę w 11na11.pl!

2011-12-13 Canal + pokazał, co sędzia wygaduje podczas meczu

Sędziowanie w Ekstraklasie, to intratne, ale też stresujące zajęcie – o tym wiadomo od dawna. Reportaż, jaki wyemitował Canal + na temat pracy Huberta Siejewicza i jego sędziowskiej załogi w spotkaniu Legia – Cracovia, dowodzi, jak bardzo.

Sędzia Siejewicz wiedział, że jest nagrywany, a materiał ten zostanie wykorzystany na antenie. Można zatem domniemywać, że nie zawsze zachowywał się do końca naturalnie, mógł szczególnie pilnować się, by nie używać wulgaryzmów, przekleństw. Bez względu jednak na to, to cenny materiał. Obrazuje, że sędzia musi mieć oczy dookoła głowy, zwracać uwagę na jednocześnie dziejące się w różnych rejonach boiska wydarzenia.

Ma też dobre podejście do piłkarzy. Jednym pogrozi, innych poprosi. Gdy w końcówce I połowy Saidi Ntibazonkiza nie mógł się podnieść z murawy, sędzia zaapelował: „Saidi, you need a doctor? Please, come’ on! It’s extra time”.
Tuż po przerwie, Siejewicz zaapelował do swych kolegów biegających za linią: „Uwaga, panowie, wchodzimy w drugą połowę skoncentrowani”. Za moment Siejewicz podziękował koledze za wsparcie, podpowiedź: - Brawo Konrad, nie widziałem tego. A, to Ty Tomek? Super, nie poznałem, brawo Tomeczku!”.

Najtrudniejsze dla arbitra było ostatnie pół godziny spotkania. W 63. min, za drugą żółtą kartkę musiał z boiska wylecieć Andraż Struna z Cracovii, który oczywiście protestował przeciw tej decyzji. - Proszę, opuszczamy boisko. Faul w korzystnej sytuacji, promissing attack – uzasadniał Hubert Siejewicz. Za chwilę podobnie uzasadniał „czerwień” trenerowi „Pasów”, Dariuszowi Pasiece: - To była korzystna sytuacja, absolutnie tak!
Za moment główny pokazał „żółtko” w kierunku ławki rezerwowych Cracovii. - Żółta kartka - bramkarz rezerwowy – wyjaśnił Siejewicz sędziemu technicznemu.

W 79. min doszło do sytuacji, która podgrzała atmosferę na boisku i na trybunach do czerwoności. Miroslav Radović był w sytuacji sam na sam z bramkarzem gości, Wojciechem Kaczmarkiem i w starciu z nim upadł przed „szesnastką”. Legioniści domagali się ukarania czerwoną kartką bramkarza, tym bardziej, że zabrzmiał gwizdek! - Nie ma faulu, pomyliłem się – bramkarz trafił w piłkę, mój błąd – bił się w piersi Siejewicz mówić do piłkarzy i całe szczęście. Najpewniej dzięki podpowiedzi liniowego (na filmie tego nie słyszymy), sprawiedliwie rozstrzygnął sytuację, którą dobrze widać dopiero po obejrzeniu powtórki.

To dowód, że warto było zainwestować w system łączności między sędziami. Dobrzy byłoby, aby FIFA poszła dalej i pozwoliła arbitrom z korzystania zapisu wideo w kluczowych sytuacjach. Przy wątpliwościach takich jak: czy piłka przekroczyła linię bramkową, czy był faul/zagranie ręką w polu karnym, ewentualnie, czy był spalony.

2011-12-09 Kręciny już nie ma, ale wciąż tam coś kręcą

Dwa fakty z życia PZPN-u, z jakimi się zetknąłem przed chwilą dowodzą, że hydra jest hydrą nawet po odejściu Zdzisława Kręciny.

3,5 tys. biletów dla wszystkich kibiców w 36-milionowym kraju i 3,5 tys. dla liczącej kilkaset osób „rodziny” naszej piłkarskiej federacji – to przykład „sprawiedliwego” podziału biletów z ostatniej puli, jaką w czwartek UEFA przekazała krajom. 32 zł, jakie każdy kibic musi wyłożyć na kartę kibica reprezentacji Polski, by móc uczestniczyć w losowaniu prawa zakupu biletów w cenie od 120 do 2400 zł, to przykład skoku na kasę fanów piłki nożnej, którym się na ogół nie przelewa.

Co do cen samych wejściówek, trudno mieć pretensje do samego PZPN-u, wszak dyktowała je UEFA i to ona ustaliła, że na mecz otwarcia Polska – Grecja wejściówki będą po 180 zł (3. kategoria), 560 zł (II kat.) i 1000 zł (I kat.), a na finał kibice będą musieli sięgnąć do kieszeni znacznie głębiej (200, 1320 i 2400 zł), ale pomysł z kartą kibica za 32 zł, sytuuje nas w czołówce najdroższych kart tego typu na świecie.
 

Co istotne, poniesienie wydatku 32-złotowego, nie daje żadnych gwarancji wylosowania biletu. W sprawie zagarnięcia 3,5-tysięcznej puli biletów PZPN usprawiedliwia częściowo fakt, że w skład „rodziny” wchodzą nie tylko działacze związkowi, ale też sponsorzy federacji. To nawet dobry zwyczaj narzucany UEFA, by im przydzielać bilety na prestiżowe spotkania. UEFA nie daje jednak żadnych wytycznych w sprawie kart kibica i ich cen, a w tym wypadku Grzegorz Lato i jego ludzie przeholowali.

Prokuratura rozpoczyna śledztwo w sprawie afery nagraniowej w PZPN. Na razie sprawdza, czy doszło do korupcji przy zakupie działki w Wilanowie pod budowę nowej siedziby lub przy okazji wyłaniania wykonawcy tejże siedziby. Nie wykluczone, że śledczy zajmą się też tematem kart kibica za jedyne 32 złote.

<< Styczeń 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031
O mnie
mibi71
Rabka-Zdrój
Słówko o mnie
W latach 1999-2007 pracowałem w GW, wcześniej w "Czasie Krakowskim" i "Tempie". Moje pasje, to futbol, hokej, bieganie maratonów i pozytywne sportowe wibracje.
Zobacz mój profil
Archiwum
Rok 2012
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Księga gości
 
Zobacz serwisy INTERIA.PL
Zobacz wizytówkę użytkownika » mibi71.znajomi.interia.pl W światło bramki - RSS Blog blog.interia.pl